Pamiętam to uczucie jak dziś. Euforia po wymyśleniu idealnej nazwy dla mojej pierwszej firmy. Była chwytliwa, oryginalna, po prostu genialna. Zamówiłem wizytówki, logo, domenę… A potem, po kilku miesiącach, dostałem pismo. Bardzo oficjalne i bardzo groźne. Okazało się, że ktoś już działał pod niemal identycznym szyldem i miał na niego papiery. Konkretnie, zastrzeżony znak towarowy.